Maszkety – muzyczne gwiazdy z katowickiego KZGM
Do 15.00 pracują w Komunalnym Zakładzie Gospodarki Mieszkaniowej w Katowicach, Głównym Instytucie Górnictwa i w kancelarii parafialnej, a popołudniami i w czasie weekendów grają na scenie. Oto rodzina Kopców z Katowic, która muzykowanie ma we krwi. Katowiczanie od kilku lat występują na koncertach pod nazwą Maszkety, promując repertuar śpiewany po śląsku. Na scenie nieraz towarzyszą im inne gwiazdy np. Golec uOrkiestra czy Piersi.
Marek Kopiec, choć z wykształcenia jest elektromechanikiem urządzeń przemysłowych, większość zawodowego życia przepracował jako informatyk. Jako jedyny w rodzinie nie ma dyplomu szkoły muzycznej. Jednocześnie potrafi grać na gitarze, gitarze basowej i perkusji, lecz początki wcale nie były takie oczywiste – Razem z żoną chodziliśmy do tego samego przedszkola obok szkoły muzycznej w Katowicach przy ul. Dąbrówki. W „starszakach” sprawdzano predyspozycje muzyczne dzieci do szkoły muzycznej, a ja, choć zostałem zakwalifikowany, bardzo nie chciałem tam chodzić. Zwłaszcza dlatego, że mój ojciec, który też kochał muzykowanie, wymyślił dla mnie akordeon. No nie – ja i akordeon? To była dla mnie tak straszna wizja, że zrobiłem wszystko, aby przekonać rodziców, że granie nie jest dla mnie – opowiada pan Marek. – To się zmieniło dopiero w piątej klasie podstawówki. Gdy miałem 12 lat zamieniłem się z kolegą instrumentami. Miałem w domu akordeon, który kupił mi tata, kiedy liczył na to, że jednak pójdę do szkoły muzycznej. Wymieniłem go na gitarę. Wtedy poczułem, że granie może być super – wspomina muzyk.
Od przedszkola do Opola
Pani Izabela, która jako siedmiolatka zaczęła swoją edukację muzyczną, poszła tą drogą i skończyła średnią szkołę muzyczną w klasie skrzypiec. Kiedy jako dorośli ludzie Izabela i Marek zapałali do siebie głębszym uczuciem i postanowili się pobrać, mieli już za sobą kilka lat wspólnego muzykowania – W tamtym czasie graliśmy tylko dla przyjemności w gronie rodzinnym oraz z rówieśnikami w zespołach przyparafialnych. Jednak tuż po naszym weselu pomyśleliśmy, że też moglibyśmy zająć się oprawą muzyczną imprez okolicznościowych. Dostaliśmy pierwszą ofertę w 1993 roku, a potem małymi kroczkami rozszerzaliśmy działalność. Graliśmy na różnych imprezach. To był taki klasyczny, coverowy, weselno-biesiadny repertuar. Nazwaliśmy się Zespół KIM – dodaje pan Marek.
Kobieta pracowała wtedy jako nauczycielka rytmiki w przedszkolu, a później w księgowości. Kiedy urodziły się dzieci – Maciej i Michał – z góry było wiadomo, że też będą grać. – Jako dzieci woleliśmy robić coś innego, ale teraz cieszymy się, że mamy te umiejętności. Ja skończyłem średnią szkołę muzyczną i studia na Uniwersytecie Ekonomicznym, a pracuję jako specjalista w Centrum Rozwoju Kompetencji w Głównym Instytucie Górnictwa, a Michał jest kierowcą w KZGM. On również ma dyplom muzyka – gra na puzonie, trąbce, akordeonie i fortepianie. Ja natomiast gram na flecie, fortepianie, waltorni, gitarze i banjo – tłumaczy Maciej Kopiec.

Kto nie lubi pomaszkecić?
Historia Maszketów zbiegła się ze zmianą pracy u pana Marka, który znalazł zatrudnienie jako pracownik biurowy w KZGM w Katowicach, w dodatku w tej samej administracji, w której do przejścia na emeryturę pracował jego teść, czyli na ul. Janasa na Załężu. Wszystko to działo się w 2018 roku, po tym, jak małżeństwo zrezygnowało ze współpracy z agencją artystyczną. – Jeździliśmy na koncerty biesiadne, ale musieliśmy grać głównie popularny repertuar. Bez „Szła dzieweczka do laseczka” nie mogło być imprezy…. A nam się marzyło coś więcej – opowiada Iza. – Zebrałam więc moich chłopaków i zaproponowałam, żeby założyć rodzinny zespół i postawić na związek z „naszymi korzeniami” i krzewienie śląskiej kultury. Pomyślałam też, że wspaniale by było, aby nazwa dobrze się kojarzyła. Marek zaproponował nazwę Kluski śląskie, nie spotkało się to jednak z naszym entuzjazmem. Chciałam czegoś innego. Pomyślałam więc, że chyba nie ma nikogo na świecie, kto nie lubi pomaszkecić (po polsku: kto nie lubi jeść słodyczy). Stanęło więc na nazwie MASZKETY.
Pierwszy występ był maju 2018 roku na Festynie na o, później posypały się kolejne propozycje, aż w 2019 roku wystąpiliśmy na Sacro Jam Session już z gwiazdami estrady, m.in. obok zespołu Golec uOrkiestra. Potem zamknęli nas wszystkich w domach, ponieważ wybuchła pandemia, a my postanowiliśmy się włączyć w trend nagrywania teledysków w domu. Nasz pierwszy utwór – „Bydzie lepij” – był właśnie o pandemii. Wkrótce piosenka została wyemitowana w radiu Silesia i tak jego słuchacze poznali zespół Maszkety. Kolejnym ważnym wydarzeniem było powstanie utworu o miłości „Lover na Zołynżu”. Tekst napisał nasz przyjaciel polonista Marek Jóźwiak,
Potem już poszło, muzycy zostali zaproszeni na jeden i drugi koncert, popołudniami i w weekendy tworzyli kolejne utwory aż narodziła się pierwsza płyta. Teksty pisze Izabela, opowiada w nich historie z życia wzięte. Jeden z utworów pt. „Haja w familoku” narodził się po tym, jak przechodziła wraz z mężem koło kamienicy, w której trwała karczemna awantura małżeńska. Twórcami muzyki oprócz Izabeli i Marka są Adam Kłos – gitarzysta zespołu Piersi oraz pianista Grzegorz Czaja. Materiał do płyty „Lover na Zołynżu” został nagrany i zrealizowany w Studio61 w Świętochłowicach.
Śląsk jest w naszych sercach
– Propagujemy śląskie tradycje, nasz język, choć jeszcze niedawno nie używaliśmy godki na co dzień. Ale kiedy człowiek wchodzi w wiek sentymentalny, nagle budzi się w nim takie poczucie tęsknoty za tym, co minęło, a co bardzo chciałoby się zachować na dłużej. Nasze utwory odbiegają od takich biesiadnych, imprezowych kawałków. Gramy piosenki zróżnicowane stylistycznie. Nie zamykamy się w jednym gatunku – dodaje Izabela Kopiec.
Maszkety można zobaczyć na koncertach w całej Polsce. Pracują też nad kolejną płytą. Ich teledyski można zobaczyć w regionalnych stacjach telewizyjnych oraz w Internecie.

Opracowanie: Katowicka Agencja Wydawnicza
